Kultura Po godzinach

“Sonata” polskiego kina. Recenzja filmu Bartosza Blaschke

Film napisany i wyreżyserowany przez Bartosza Blaschke to jeden z najlepszych pełnometrażowych debiutów ostatnich lat. To twór dorosłego i dojrzałego emocjonalnie reżysera. Blaschke ma 47 lat i czuć, że z niejednego pieca emocjonalnego jadł chleb i bułki. To odróżnia takich reżyserów od młodzieży, która kończy szkołę filmową i ich debiuty to obrazy zawierające więcej fajerwerków i jakichś dziwnych niespodzianek emocjonalnych. Takich, które w mniejszym lub większym stopniu bardziej świadczą o niedojrzałości i niezrozumieniu swojego bohatera oraz niewprawności w czytaniu człowieka. Takie filmy jak „Sonata” udowadniają, że aby dobrze przedstawić historie naturalnego, prawdziwego bohatera, to trzeba jednak trochę wiedzieć więcej o życiu niż tylko z literatury obowiązkowej na studiach. Nie wymieniam tutaj celowo nazwisk tej młodzieży filmowej, która się obecnie pławi w swojej twórczości, bo one i oni na to nie zasługują. Po co wspominać płytkie, a niekiedy wręcz głupie filmy.

Obraz Blaschkego to też pokaz pewnego rodzaju fajerwerków filmowych, ale nie w udawanych emocjach albo w udawanych relacjach i w udawaniu życia w ogóle, ale w niesamowitym aktorstwie. Zaczynając od głównego bohatera, w którego wcielił się Michał Sikorski. Ten dopiero co 26-latek, tą rolą wchodzi już na wysokie piętro aktorskiego firmamentu. Nie rozpoznałem go w pierwszych momentach filmu i zastanawiałem się, czy czasem reżyser nie zaprzągł do tej roli prawdziwego Grzegorza Płonki, aby uwiarygodnić jeszcze bardziej tę historię. To zabieg, który jest czasami stosowany, szczególnie w przypadkach, gdy nikt inny nie potrafi odegrać bardzo specyficznej czy nawet wyjątkowej roli. A ta rola jest naprawdę bardzo wyjątkowa i wymagała od Michała niepospolicie wytrawnego kunsztu. Sikorski zagrał to tak szczerze i pięknie, że trudno było mi oddzielić aktora o postaci. Artystycznie spisał się tak dobrze, że przy najbliższej okazji, jeśli go spotkam, to uklęknę i oddam hołd należny wspaniałemu aktorowi. Mam nadzieję, że jego kolejne kreacje, ukażą, że zagranie Grześka w „Sonacie”, to nie jest chwilowy przypływ geniuszu.

Dawno nie widziana przeze mnie Małgorzata Foremniak w roli mamy, to jakby inna Foremniak od tej, którą poznawałem w jakiś głupkowatych komediach czy w niedorobionych filmach sensacyjnych. Jaka to jest dojrzała artystycznie aktorka! O rzesz, o kurde, o ja cię kręcę! Tego tercetu rodzinnego dopełniał Łukasz Simlat w roli ojca Grzegorza, który ostatnio pędzi swoim aktorskim pociągiem przez polskie kino niczym Pendolino z gór nad morze albo odwrotnie. Tą rolą udowadnia po raz kolejny, że reżyserzy, którzy dobierają go do obsady na pewno się na nim nie zawiodą.

Poza tym miodem krytyki filmowej płynącym z tego tekstu na „Sonatę”, jest jednak kilka uwag. Film w pewnym momencie traci impet i przybiera formę jakiegoś niepewnego obrazu co do celu i kierunku, w którym ma podążać historia. Jakby niekończąca się opowieść, która właściwie wszystko już odkryła i bez konkretnego zakończenia będzie się toczyć i toczyć. Chwilami reżyser przenosi ciężar opowieści na rodziców albo jeszcze kogoś innego, powodując, że Grzegorz znika nam z planu. Zabieg wydaje się celowy, bo to nie tylko film o Grześku, ale też historia ludzi wokół niego. Jednak nie w każdej scenie ten zabieg udaje się w pełni. To powodowało we mnie pewien zgrzyt estetyczny. Na przykład porównując dwie sceny. Pierwsza, ta z ojcem przy stole, który ma dość już swojego syna, choć tak naprawdę czuć, że to on się obwinia cały czas za stan swojego dziecka, za jego niedoskonałość, za jego życie. I matki w potoku, która też ma dość i w swoje bezsilności krzyczy, że chce już z tym wszystkim skończyć, choć wiemy, że to nie o to chodzi. To jednak są dwa odległe światy. Ten pierwszy, ojca, przejmujący do cna. Poruszający i wyraźny. Dotykający naszego jestestwa i wzmacniający drgania strun w fortepianie emocji niczym Grzegorz na swoim. Natomiast ten matki, jakby dodany na siłę. Jakby pani Małgosia została zmuszona do krzyku bardziej do widza niż do swojego syna, którego nie widać, a on przecież jest obok. Stąd można odnieść wrażenie, że film jest nierówny w swojej stylistyce. Tym bardziej jest to odczuwalne, bo trochę to wygląda jak rodzaj cięć w bardzo dobrze skomponowanej rzeźbie, której te cięcia są już niepotrzebne. Całość bowiem płynie fabularną lekkością i swobodą mimo niekiedy trudnych i bardzo ciężkich treści. Do tego jeszcze podkręconą kreacjami aktorskimi. Nie tylko głównej trójki (rodziny Grześka), ale też bardzo dobrymi postaciami, kreowanymi na drugim planie, m. in. przez Irenę Melcer, Jerzego Stuhra, Lecha Dyblika, Cezarego Łukaszewicza, Grażynę Sobocińską, Barbarę Wypych i wielu innych. Zaliczam ten obraz do jednego z najciekawszych filmowych przeżyć tego roku.

Jakub Urbański, scenarzysta, krytyk filmowy.


Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

blok 1

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.
Media Tygodnia
Ładowanie