Ruch międzynarodowy nad Polską został zawieszony, a PLL LOT został przez rząd oddelegowany do przywożenia Polaków przebywających za granicą. Pomijając już wyższe ceny, o których alarmują podróżni, to cała operacja jest mieszanką chaosu informacyjnego z nieodpowiedzialnością. Sytuacja wygląda bardzo źle z perspektywy personelu pokładowego.
Gazeta Wyborcza rozmawiała z członkami załóg pokładowych, którzy opowiedzieli o swoich pierwszych wrażeniach. Rejs z Warszawy do Londynu nie miał nic wspólnego z lotem ratunkowym – (…)Już w Warszawie okazało się, że do Londynu lecą z nami cztery osoby (Polacy), którym LOT normalnie sprzedał bilet na ten rejs! – mówi pani Anna, która była członkiem załogi. To tylko wstęp, bo na miejscu okazało się, że samolotem ma wracać o 50 pasażerów więcej niż zakładał protokół rejsowy.
Członkowie załóg o wszystkich decyzjach spółki dowiadują się z mediów – Jest kompletna dezinformacja. O wszystkim dowiadujemy się pocztą pantoflową. O nas nie myśli się wcale – mówią oburzeni. Jedna z załóg domagała się dezynfekcji samolotu po tym, jak okazało się, że dwie osoby wyprowadziły służby epidemiologiczne z podejrzeniem koronawirusa. Prośby o dezynfekcję odbijały się od ściany, a “góra” naciskała na kolejny lot. Po proteście jakimś cudem udało się doprowadzić do zmiany maszyny – Byliśmy roztrzęsieni – relacjonuje osoba z załogi.
Dramat na pokładzie to jedna strona medalu – W poniedziałek dostałyśmy informację, że każde wzięcie urlopu na żądanie oraz L4 będzie traktowane jako nieuzasadniona obecność – mówi pani Barbara. Po jednym z rejsów do załogi przyszła delegacja z kierownictwa – Od jednej z pań usłyszeliśmy, że jesteśmy służbą i wiedzieliśmy, na co się pisaliśmy. Inna załoga usłyszała od nich, że też są narażeni jak my, bo pracują w biurze, gdzie jest klimatyzacja – mówi z kolei pani Anna.
Nieprawdopodobna jest sytuacja, w której pod adresem pracownika kieruje się takie groźby, a słowa o klimatyzacji w biurze wyglądają jak tłumaczenie rodem z zakładu dla obłąkanych. Być może jakby rząd wprowadził stan nadzwyczajny to jakoś na upartego można zrozumieć takie sytuacje. Sęk w tym, że rządzący takiego stanu nie wprowadzą, bo to się wiąże z przesunięciem terminu wyborów prezydenckich. Dlatego ten bałagan, braki w sprzęcie i ludzkie dramaty jak ten pracowników LOT trzeba nagłaśniać.
Źródło: krakow.wyborcza.pl
Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.
POLUB NAS NA FACEBOOKU